|
|
| Wiadomość |
Wysłany:
Sro Paź 29, 2008 10:39 pm Temat postu:
DOM ASE albo MARLOWE |
|
|
Fragment
„Czarownik to osoba, która nie bacząc na prawo Boskie,
ośmiela się zawrzeć pakt z Diabłem”
Jean Bodin; "De la Demonomanie des Sorciers" ; 1580 r.
[---]
Stary, pozieleniały drewniany pomost niezbyt daleko wchodzi w wody fiordu (63°58′00″ N, 9°59′00″ E), dając możność wygodnego wsiadania do łodzi, łowienia ryb albo spoglądania na gigantyczną, porośniętą pąklami i wodorostami czaszkę kaszalota, która od połowy dziewiętnastego wieku spoczywa na kamienistym dnie. Ryby wpływają i wypływają oczodołami i nikt nie pamięta, gdzie zniknęła sześciometrowa żuchwa.
Jest przedostatnia wrześniowa środa, pora kolacji i niebawem słońce nieco się obniży; na pomoście siedzi kobieta w jasnobeżowej sukience z nogami podwiniętymi pod siebie. Kobieta ma na imię Åse. Wyobraź ją sobie: jasna skóra usiana piegami, do tego rude, prawie czerwone włosy, wąski zadarty nos, pełne usta. Kiedy wstanie zobaczysz, że jest wysoka i szczupła, jej talia przypomina klepsydrę a oczy kolor spłowiałego błękitu jak powietrze tam, nad ostrymi szczytami albo tam, na horyzoncie czarnych fal, gdzie świeci cienka nitka pod warstwą skłębionych cumulonimbusów zapowiadających sztorm.
Więc ma na imię Åse i jest stąd. Wprawdzie nie mieszkała tutaj od wielu lat, ale kilka dni temu przyjechała z kochankiem. Czy na zawsze? Tego jeszcze nie wie. Kiedy usiadła na pomoście i popatrzyła na fiord, wodę, zatopioną czaszkę, góry, głazy, niebo i stojący nieopodal kuter od razu poczuła się tak, jakby nigdy stąd nie wyjeżdżała; ten sam niezmienny horyzont; niezmienne sosny, zbocza gór i błękit ponad nimi; trawy na pastwiskach z krowami i jej stary, zniszczony drewniany dom z gankiem i pomostem wchodzącym w granatowo-czarne wody fiordu. Czy jest szczęśliwa? Jest szczęśliwa, zmęczona podróżą i wydarzeniami ostatnich tygodni; szczęśliwa, zmęczona i jednocześnie - spokojna. Stan, który odczuwa, można określić jako poczucie zmęczenia nasycone spokojem i nieobecnością. Nie, nie! Nie jest zrezygnowana w znaczeniu: zrezygnowana a zatem - pogodzona z losem, nie; jest po prostu spokojna. Szum wody i zapach sosen o, to jest ten spokój. I zapach nadciągającego wieczornego sztormu.
Teraz Åse wstanie, ponieważ z drewnianego domu wychodzi jej kochanek. Åse widzi, jak zapalając papierosa jej mężczyzna odwraca się plecami do wiatru i osłania dłonią płomyk benzynowej zapalniczki. Woła do niego
-Hej, hej!
-Hej, hej! Odpowiada mężczyzna, ruszając w jej kierunku; ma czterdziestkę, więc jest od niej trochę starszy; cierpi na niezdiagnozowaną chorobę, co wprawdzie jest stanem godnym ubolewania zważywszy jego wiek aczkolwiek w świecie, w którym żniwo śmierci codziennie zbierają straszliwe malaria i AIDS, jego stan nie jest stanem budzącym sensację.
Mężczyzna ma na imię Eryk i choć nie jest Norwegiem i Skandynawem, można go ze Skandynawem pomylić widząc jego ryżą brodę, niemały wzrost, konstatując jego upodobanie do wódki oraz dziwnie nieskandynawską łagodność w stosunku do kobiet, jakby uważał człowieczy rodzaj męski za zwierzęcą odmianę undermänniska, podludzi. Kim jest? Raczej: kim był; był korespondentem, autorem kilku nieczytanych powieści i opowiadań; twórcą obrazów średniego formatu, w zamierzchłej przeszłości malowanych olejami na lnianych płótnach. Niektóre jego obrazy spoczywają na poddaszach domów kilku miast odległego państwa tam, za niegłębokim morzem, choć, oczywiście, można je z całą pewnością odnaleźć na śmietnikach wszędzie, gdzie mieszkał.
Teraz Eryk idzie w stronę Åse z papierosem ukrytym w dłoni; są bardzo blisko, więc ona zaraz dotknie jego policzka a on ją obejmie za szyję, starając się nie oparzyć jej papierosem albo wyrzuci papierosa i obejmując Åse równocześnie za szyję i w tali pocałuje ją w usta, potem w oczy, policzki, czoło i w szyję. W tle między nimi zobaczysz ptaka zatrzymanego w locie siłą północnego wiatru i pianę fal rozbryzgującą się między wygładzonymi kamieniami a tu i ówdzie dotkniesz wzrokiem martwe brunatnice, gnijące ścierwo mewy, białe okruchy strzaskanych muszli i pancerzy skorupiaków.
W chwili obecnej, niedosłyszalny dla obojga zegar w stylu art nouveau (Berliner-Zimmeruhren-Fabrik GmbH; 1918) stojący w salonie po lewej stronie przeszklonych drzwi, wybija szesnastą trzydzieści; jego mechanizm wymaga naoliwienia po, oczywiście, uprzednim odkurzeniu; zaprzestał pracy wiele lat temu, więc teraz wymaga pewnego wysiłku, jeśli się chce znać dokładny czas.
W kuchni kropla wody z nieszczelnego kranu opada na srebrną łyżeczkę do herbaty tkwiącą w chińskiej filiżance i rozpryskuje się na mniejsze, lśniące kropelki (jak fale o trollokształtne granity przy brzegu, poruszając brunatnice, gnijące ptasie skrzydła, pancerzyki martwych skorupiaków, muszelki).
Jest przedostatnia wrześniowa środa, pora kolacji i niebawem słońce nieco się obniży, dokładnie tak, jak ten petrel czy nurzyk (Eryk nie zna się na gatunkach tutejszych ptaków), który teraz zastygł w powietrzu pod naporem przeciwnego wiatru. Petrel?
- Nurzyk, mówi Åse.
Więc Eryk ponad ramieniem Åse spogląda na ptaka, który zawisa w powietrzu przytwierdzony szpilkami północnego wiatru; pomiędzy skrzydłami widzi siebie i Åse kilka dni temu tutaj, o zmierzchu. Kochali się na prawie pustej plaży udając, że nie widzą spojrzeń tamtej pary siedzącej na skalnej półce ponad nimi: niech patrzą, sprezentujmy im kosmos swoich pożądań.
Ta para to Sigrid i Robert, małżeństwo, znajomi Åse z dzieciństwa; mieszkają tutaj od zawsze. Wieczorem, na powitanie przynieśli im pasztet z zająca i kilka butelek wina z porzeczek i jagód, potem pili piwo zmieszane z wódką i puszczali na starym gramofonie węglowe płyty z trzeszczącym nagraniem I Dovregubbens hall; Akt II , Alla marcia e molto moderato z Peer Gynt Griega. Upili się i kobiety zaczęły porównywać swoje piersi, zachwalając walory obecnych samców; śmiały się hałaśliwie, pijacko. Płyta z trzaskiem wirowała do chwili, w której sprężyna rozkręciła się zupełnie i wszystko ucichło; zasnęli na grubym wełnianym dywanie w świetle dogasających w kominku zwęglonych polan.
Więc jest ostatnia wrześniowa środa, pora kolacji i niebawem słońce nieco się obniży; dokładnie jak ten petrel czy nurzyk, który zastygł w powietrzu pod naporem przeciwnego wiatru. Może petrel.
- Nurzyk, mówi Åse.
Zacumowany nieopodal Jan Mayen II, szkarłatnozielony kuter na którym przypłynęli, wciąż kiwa się na wodach fiordu; przeczeka sztorm zanim ruszy na Lofoty. Piana fal rozbryzguje się między wygładzonymi kamieniami.
Brunatnice, martwa mewa, zbielałe pancerzyki, na które Eryki patrzy, ale nie może ich dostrzec, bo stoi za daleko od brzegu. Eryk patrząc na coraz to bardziej kłębiące się fale, ulega złudzeniu i widzi młodego człowieka: czarny kaftan z karmazynowymi wypustkami, bufiaste pluderki, sztylecik u pasa, obcisłe łosiowe spodnie. To książę Hamlet, królewicz duński. Gdyby poszukać, znalazłby się i Hamlet, królewicz norweski. A gdyby... Oh, daj sobie spokój: gdyby!
Eryk przyjechał tutaj między innymi po to, żeby w starym domu Åse napisać powieść o Szekspirze. O tym Williamie Szekspirze, synu niepiśmiennego rękawicznika ze Stratford nad Avonem; niewykształconym i nieoczytanym aktorze, geniuszu lichwy i literatury. Chce napisać powieść będącą w istocie historią Christophera Marlowe - pederasty, heretyka i szpiega, do której od lat zbierał materiały, bowiem jego także dręczy śmieszne na pozór pytanie: kto napisał Szekspira? Dla zwolenników każdej teorii, tylko jedna odpowiedź jest oczywista. Dla niego - nie.
- Chodź do domu - mówi Åse - Zmarzłam.
Gdyby Åse powiedziała że to on, Eryk, zmarznie, zaprotestowałby na pewno i na przekór chciałby spacerować, lecz Åse jest kobietą mądrą ową wielowiekową mądrością skandynawskich kobiet wychowanych w surowym klimacie, więc nawykłych do pokonywania przeciwności losu. Jest wysoce prawdopodobne, że na jej umiejętność radzenia sobie niebagatelny wpływ miały: czerń i zieleń dramatycznych górskich szczytów w otoczeniu których się wychowała, lecz z całą pewnością nie do przecenienia była rola mnogiej ilości ciemnych granitów, na podobieństwo śniących trolli rozrzuconych wzdłuż linii wody. I jeszcze coś innego. Jej uczucia. Tak. Z pewnością.
Teraz, obejmując się, powoli wchodzą z ganku do wnętrza domu; zegar stojący w jadalni po lewej stronie drzwi właśnie skończył wybijać szesnastą trzydzieści. Wiatr dociskając w drzwiach letnie okno, przykleja do szyby cieniutką gałązkę jarzębiny z jednym listkiem i trzema czerwonymi koralikami. Słychać tykanie i poczuć można ciepło-słodką woń gorącej kawy zbożowej i mleka płynącą od kuchni, zmieszaną z zapachem naftowej lampy zawieszonej nad wielkim dębowym stołem w jadalni.
Jest szesnasta pięćdziesiąt siedem; płomień rozpalonego trzema solidnymi polanami kominka rozświetla podłogę. Zjedli resztkę wczorajszej zupy rybnej z pulpetami i chleb a teraz Eryk stawia na stole karafkę z jarzębinową nalewką, Åse obok karafki ustawia dwa kryształowe kieliszki na wysokich nóżkach i popielniczkę z muszli przegrzebka. Åse odchodzi od stołu, dotyka rozpalonych kafli pieca stojącego w prawym kącie; przez chwilę patrzy na portret ojca, potem na wiszący obok portret matki (oba pędzla Christiana Krohga, obydwa w ciężkich, złoconych ramach) i na drugi wariant Sovende mor med barn sporządzony również ręką Krohga. Podchodzi do stołu i siada na starym, wysokim rzeźbionym krześle, stawia łokcie na lnianym obrusie ręcznie haftowanym w delikatne maki i wspierając brodę na dłoniach patrzy na Eryka, który napełnia kryształowe kieliszki nalewką z jarzębiny. Leżący na ciemnej, orzechowej etażerce kieszonkowy Schaffhausen z 1914 roku, pokryty 14 karatowym złotem (pamiątka po ojcu Åse) wydzwania godzinę siedemnastą.
Słuchająca pozytywki Åse ma na sobie tę białą sukienkę ale założyła też sweter z szarej wełny renifera, ponieważ naprawdę zmarzła i jeszcze nie rozgrzał jej rybny rosół, ani ogień kominka połączony z ciepłem bijącym od pieca.
- Z jarzębiny? Upewnia się Eryk, więc Åse kiwa głową, że tak, na pewno z jarzębiny a potem wyciąga rękę po kieliszek i uśmiecha się do Eryka, mówiąc
- Kocham cię.
- Wiem.
Eryk wie.
Schaffhausen milknie; jest sześć sekund po siedemnastej. Granitowe trolle na brzegu w ciemnościach prostują gnaty zdrętwiałe wielogodzinnym bezruchem i ziewając spoglądają na pomarańczowo-żółte światło padające z okna jadalni tego starego domu tam, na pagórku
[- - - ]
Encyklopedyczny bryk na temat Christophera zawiera następujące informacje:
Given name: Christopher
Family name: Marlowe
Birth date: 1564
Death date: 1 June 1593
Nationality: English
Family relations:
Father: John Marlowe
Mother: Catherine Marlowe
Languages: English, Latin
Education: King's school, Canterbury
Corpus Christi College, Cambridge (B.A.): 1581 to 1583
Corpus Christi College, Cambridge (M.A.) to 1587
Religion: Atheist
Residence: Canterbury: 1564
Cause of death: Murder
Właśnie owej: “Cause of death: Murder”, a więc - morderstwu, jako przyczynie śmierci poety (1593), należy się baczniej przypatrzyć.
Padwa, 02 lutego 1594 roku.
Jego Lordowska Mość
Sir Thomas Walsingham
[---]”Wybrałem go, ponieważ aktor ów, lubujący się w dźwięku złota i rozkoszach łoża (nie tylko z białogłowami), będąc przytem natenczas w dość mizernym u ludzi poważaniu i nienajlepszej kondycji finansowej, mając z tego na widoku rychłe splendory i sławę a opłacony przeze mnie sowicie, zgodę na mój podstęp wyraził z ochotą, rzecz całą w tajemnicy wielkiej zobowiązując się utrzymać pod groźbą nagłej śmierci, w co łajdak - znający mnie od lat - ani wątpi.
Mając zatem serce i głowę tak zabezpieczone od trosk poetom właściwym, będę jeszcze sumienniej wywiązywać się z obowiązków moich w służbach dla Waszej Lordowskiej Mości.
Przeto, przez pamięć na liczne zasługi moje, błagam by Wasza Lordowska Mość raczył przychylić się do tej prośby pokornej albowiem - jak tuszę - bardzo to być może dla Anglii z pożytkiem.
Niechaj Bóg błogosławi Waszej Lordowskiej Mości!
Wierny sługa,
Ch. M.”
„Na jedynym ocalałym wizerunku Christophera Marlowe znajdującym się w zbiorach Corpus Christi College w Cambridge, dramaturg odziany jest w koszulę o szerokim - jakbyśmy dziś powiedzieli mieszając czasy - „bajronowskim” kołnierzyku i w klasycznym dla epoki, czarnym kaftanie ze złotymi wypustkami. Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że z portretu spogląda na nas poeta. Natomiast są wątpliwości, czy portret rzeczywiście przedstawia Christophera Marlowe.
Marlowe napisał wspaniałe dramaty, takie jak „Dido, Królowa Kartaginy”, „Tamerlan Wielki”, „Faust”, „Żyd z Malty”, „Edwarda II”. To on niewątpliwie, jako pierwszy wprowadził biały wiersz do dramatu elżbietańskiego, za co wdzięczni rodacy obdarzyli go przydomkiem „Ojca angielskiego dramatu”.
Młodzieniec spoglądający na nas z obrazu zawieszonego w bibliotece Corpus Christi College, ten w „bajronowskiej” koszuli był więc poetą i dramatopisarzem lecz jednocześnie - tajnym agentem w służbie wszechmocnego sir Thomasa, Lorda of Walsingham oraz namiętnym a czułym kochankiem jego kuzyna Edwarda, takoż „of Walsingham”. Był zatem - jakbyśmy dziś powiedzieli - gejem, który z trwogi przed katowskim toporem roztropnie skrywał namiętności sodomity, napomykając o nich li tylko aluzyjnie w swych utworach („Edward II”, kilka sonetów), co traktowano jako elementy rustykalne a starożytne. Mniej roztropnie czynił, nie kryjąc się dostateczniej, niźli należało, ze swoim bluźnierczym ateizmem, szydząc z i złorzecząc Bogu rozpiętemu w katedrach, lekceważąc hierarchię książąt anglikańskiego kościoła i nurzając w błocie sacrum.
Znieważał Boga szyderstwami i śmiechem, odmawiając Mu prawa do eterycznego istnienia i sprawowania roli Demiurga, potwierdzonych wszak w Genesis (Pismo Święte Starego Testamentu), męką Baranka (Pismo Święte Nowego Testamentu) i licznymi świadectwami pobożnych, więc nie dziwno, że 20 maja Anno Domini 1593 wreszcie ściąga na siebie Jego nierychliwy acz sprawiedliwy gniew. Pochwycony w Deptford przez trybunalskich pachołków, staje przed obliczem sądu pod zarzutem ateizmu, herezji i bluźnierstw, za co grozi mu nieuchronny wyrok śmierci, bo w owych czasach inny wyrok nie jest możliwy.
Mimo oczywistych dowodów winy, oskarżony Marlowe, lat 29, zrodzony w Canterbury z szewca Jana i gospodyni domowej Katarzyny, ludzi bogobojnych, ten heretyk, ateusz, bluźnierca i sodomita zostaje zatrzymany, lecz nie aresztowany. Uwolniono go za kaucją, pod nakazem stawiania się raz na dobę przed obliczem trybunału w Deptford near London.
30 maja 1593 roku, w tymże Deptford, w jednym z licznych pokojów domu zajezdnego czcigodnej Eleonor Bull, wdowy, gdzie Marlowe mieszka od dni dziesięciu, rzekomo pijanemu i agresywnemu poecie odebrano sztylet, którym miał dwukrotnie zranić jednego z trzech współbiesiadników-przyjaciół, dzielnie sączących z pisarzem dzbany w komnacie na pięterku. Chwilę później, tym samym sztyletem otrzymuje śmiertelne pchnięcie w oczodół, deformujące jego piękną i młodzieńczą fizys. Był to zatem akt samoobrony a mimowolnym zabójcą okazał się imć Ingram Frizer, który także był gejem, heretykiem i a Confidence Man Lorda Thomasa, więc kumplem Marlowea w szpiegowskim rzemiośle lecz przede wszystkim - jego serdecznym druhem.
Wedle licznych teorii, opisana wyżej śmiercionośna bójka miała być sfingowana na polecenie Lorda Thomasa, szefa wywiadu królowej Elżbiety, a do grobu z nazwiskiem „Marlowe” w rzeczywistości złożono ciało niejakiego Johna Penry, purytańskiego kaznodziei, którego dzień wcześniej powieszono wyrokiem innego sądu. Ów nieszczęsny Penry był tylko rok starszy od poety-szpiega i nie trzeba dodawać, że ciała ni miejsca jego pochówku nigdy nie odnaleziono. A przecież gdzie dwa padają trupy, tam dwa kopią groby.
Podług znanej teorii, Marlowe uniknął kary śmierci nie tylko dlatego, że był arcyszpiegiem jednego potężnego Walsinghama i namiętnym kochankiem niemniej potężnego Walsinghama drugiego ale głównie dlatego, że jako poeta i dramatopisarz cieszył się osobistą, gorącą sympatią Elżbiety, królowej Anglii.
Zatem Marlowea nie zabito w żadnej pijackiej burdzie, a owi trzej przyjaciele-birbanci (w tym Ingram Frizer) przybyli do Deptford o świcie nie po duszę przyjaciela lecz (jak głoszą herezjarchowie) po to, by ukryć w krzakach łódź, na której Marlowe Tamizą lub wpadająca w Deptford do Tamizy rzeką Ravensbourne, dotarł na oczekujący go na pełnym morzu statek, gdzie przedstawił się kapitanowi jako Monsieur Chevalier Le Doux, prawy obywatel i syn słodkiej Francji.
Ów Monsieur Le Doux (niektórzy twierdzą - LeDoux) zatrzymuje się na krótko we Francji, a później osiedla na stałe w Italii, szpiegując do końca swych dni na rzecz brytyjskiej Korony. Kres jego życia nastąpić miał pomiędzy rokiem 1617 a 1619, zatem w lat kilkoro po zgonie Szekspira, na co istnieć mają dowody w postaci listów samego Marlowea pisanych z Italii; czytane przez licznych, współcześnie z nami żyjących świadków. Zatrzaśnięte na głucho w brytyjskich archiwach, czekają odtajnienia.
Był więc rok 1593. Rok niecały później, na deski londyńskiego teatru The Globe wchodzi „Titus Andronicus” sygnowany imieniem niejakiego Williama Shakespeare., okazjonalnego rymopisa, członka trupy aktorskiej The Globe i teatru tego akcjonariusza.
Po dacie „1594”objawia się istna lawina jego arcydzieł, dotykająca italskich tematów - „Romeo i Julia”, „Juliusz Cezar”, „Troilus i Kresyda”, „Otello”, „Koriolan” i inne. Jak wiadomo (bo nie wiadomo na pewno, aby było inaczej), ciżma Williama nigdy nie dotknęła Półwyspu Apenińskiego; skąd u niego zatem ta erupcja znajomości historycznych i współczesnych mu postaci, imion, miejsc i wydarzeń? Skąd „w temacie Italia” ta nagła płodność literackiego buhaja u nędznie wykształconego aktora?
Marlowe był licencjatem i magistrem uniwersytetu w Cambridge, Szekspir - ukończył tylko Stratfordzką podstawówkę. Marlowe jako szpieg przemierzał Europę, Szekspir - nigdy nie był poza granicami Anglii; skąd zatem znajomość i wiedza o obcych a opisywanych krajach (i ich historii) u człowieka znającego jedynie Stratford-upon-Avon i Londyn z okolicami? Z jakich powodów w twórczości Szekspira-dramatopisarza zaistniał nagle cykl „italski” i dlaczego właśnie po 1593 a nie wcześniej, powiedzmy, w roku 1590?
Dalej - epitafium nagrobne Williama znajdujące się w kościele w Stratford przedstawia Shakespeare z uniesioną prawą dłonią z gęsim piórem a lewa dłoń trzyma pergamin; jest dowiedzione, że w pierwotnej postaci dłonie dramaturga spoczywały na worku ze zbożem.
Wreszcie - testament kupca zbożowego, Williama urodzonego Shakespeare pozostawia jego spadkobiercom ogromny majątek, który (przeszacowany) dziś wyniósłby blisko milion funtów. Gotowizna, ziemia, domy, składy a nawet - małżeńskie łoże; łoże zapisał żonie, niekochanej Annie urodzonej Hathaway. Podobno było „nie najpierwsze”. Więc pozostawił wiele. Tyle, że pośród owych legatów geniusza literatury światowej, nie ma ani jednej książki, ani jednego rękopisu spośród mnogości podobno napisanych przez kupca zbożowego arcydzieł. A zatem?
A zatem - może Marlowe przez cały czas od sfingowanej śmierci pisał. Jako twórca, świadom swego geniuszu cierpiał potępieńcze męki, że kongenialne płody jego umysłu pozostaną niezapoznane. Oczywiście, mógł je wystawiać tam, gdzie żył i mieszkał pod nazwiskiem jakiegoś Signora Pimprinelli, włoskiego fircyka, ale komuż nie zależy na podziwie rodaków? I czy nie-włoskie pióro i nie-włoski duch utworów nie zdradzą w Italii tożsamości twórcy, narażając tym samym i jego, i siatkę szpiegowską na zagrożenie dekonspiracją?
Marlowe, uchodzący za Jamesa Bonda elżbietańskiego wywiadu znajduje sposób arcywspaniały - w kufrach dyplomatycznej poczty, którą wysyła tajne, zaszyfrowane owoce swojego szpiegostwa, bez zwłoki dostarczane sir Thomasowi Walsinghamowi i królowej Elżbiecie, umieszcza także prywatne pakiety a w nich - manuskrypty swoich sztuk, które dyskretni Confidence’s Lorda Thomasa przekazywali pewnemu człowiekowi chciwemu i bez skrupułów, cenionemu jako aktor i okazjonalny rymopis teatru The Globe, częstokroć ratującemu przyjaciół pożyczkami na lichwiarski procencik, o czym w Londynie głośno. Prototyp Shylocka? Może. Jest zatem oczywiste, iż każdy pakiet z dramatami Marlowea zawierał rulonik szczerego złota dla zacnego lichwiarza i aktora wraz z poleceniem nadawcy, by ów otrzymane dramaty wystawiał na deskach The Globe, ale nie pod nazwiskiem Marlowea tylko własnym, albowiem tajemnica pewnej śmierci, miała pozostać pewną tajemnicą. Nasz zacny rymopis to nie byle kto; to sam William Shakespeare późniejszy Esquire i gentleman z zapyziałego miasteczka Stratford, który przejdzie do historii literatury światowej jako Swan of Stratford-upon-Avon, najwybitniejszy dramatopisarz w dziejach ludzkości.
Albowiem tajemnica pewnej śmierci, miała pozostać pewną tajemnicą.
Jeśli cała ta historia jest wyłącznie intelektualną prowokacją; gigantyczną, bezczelną hucpą opartą na taniej sensacji, chciałbym zobaczyć jeden bezsporny dowód na to, że Christopher Marlowe nie napisał Shakespeare. Lub prościej: chcę zobaczyć jeden bezsporny dowód na to, że William Shakespeare napisał cokolwiek.”
[- - - ] _________________
 |
|
|
|
 |
|